RSS
piątek, 07 czerwca 2013

Sandecja utrzymała się w pierwszej lidze, czeka ją co prawda jeszcze jedno spotkanie z Kolejarzem Stróże, aczkolwiek o pewne analizy można posilić się już teraz, gdyż i tak niczego ten mecz nie zmieni. Pierwszym nurtującym zapewne sympatyków nowosądeckiego klubu pytaniem jest kwestia ewentualnej zmiany szkoleniowca lub pozostawienia na tym stanowisku Mirosława Hajdo.

Dokonania obecnego trenera zostały już na tym blogu przedstawione, a dla celów merytorycznych przytoczę jedynie suche liczby - 19 punktów (w tym 3 gratisowe za walkower z ŁKS-em) - trzy wygrane, siedem remisów, pięć porażek oraz jeden prezent od losu. Jak łatwo stwierdzić, nie są to osiągnięcia powalające na kolana, ale warto przyjrzeć się karierze 43-letniego człowieka, który w mediach pozuje na pewnego siebie fachowca.

Przygody z Cracovią właściwie nie ma po co szerzej omawiać. Przez kilka lat zajmujący się grupami młodzieżowymi, następnie pełniący rolę asystenta w sztabie pierwszej drużyny i jeden mały epizod w roli trenera „Pasów”. Tymczasowo objął zespół na kilka tygodni. Pracę na własne nazwisko rozpoczął więc dopiero w czwartoligowym MZKS Alwernia, skąd po dziewięciu miesiącach przeniósł się do grającego o szczebel wyżej Kolejarza Stróże. Niespełna półtorej roku działalności w miejscowości pod Grybowem spuentował dziwnym transferem do Kmity Zabierzów, który okazał się jedynie krótkim wyskokiem. Z nieco opuszczoną głową ponownie zdobył angaż w miejscowości u senatora Koguta z tym, że lokalna drużyna występowała wówczas już w drugiej lidze. Trener pochodzący z Tarnowa dokończył więc sezon, po czym wylądował w drużynie z tego samego szczebla rozgrywek Resovii Rzeszów. Tam pomimo sporych możliwości zarówno finansowych, jak i kadrowych nie zdołał wywalczyć awansu, dlatego po uplasowaniu się na trzeciej pozycji w tabeli, zakończył swoją trwającą niecały rok działalność na Podkarpaciu. Kolejnym przystankiem w karierze Mirosława Hajdo była Nieciecza. Osiem miesięcy w Termalice zakończyło się zajęciem miejsca bezpośrednio nad strefą spadkową w pierwszej lidze i rozstaniem z późniejszą rewelacją rozgrywek. Następne drużyny wpisane do CV, to chyba dosyć rozpaczliwe próby podejmowania się jakiegoś zajęcia, ponieważ niepełny sezon w trzecioligowym Przeboju Wolbrom oraz osiem tygodni w grającej szczebel wyżej Chojniczance Chojnice nie były raczej krokiem w przód. Później przyszedł czas półrocznego bezrobocia, a wówczas na horyzoncie wyłoniła się Sandecja.

Ratowanie utrzymania w pierwszej lidze poprzez zmianę Janusza Świerada na Mirosława Hajdo, nie było głupim posunięciem. Ówczesny trener nie miał przecież właściwie żadnego doświadczenia na tym poziomie, natomiast w piłce seniorskiej prowadził jedynie czwartoligowy Poprad Muszyna przez jeden sezon. Pozostawienie go na stanowisku było więc bardzo ryzykowne i mogło drogo kosztować zarząd sądeckiego MKS-u. Co ciekawe, według pewnej plotki, nie tylko względy kompetencji obu panów miały znaczenie przy tej roszadzie. Ponoć w całą sprawę zamieszany był pewien biznesmen z podkrakowskiej miejscowości, który związany był w poprzednich latach z Sandecją. Według tej informacji miał on przekonać działaczy do zatrudnienia wskazanego trenera, obiecując pokrycie kosztów utrzymania sztabu szkoleniowego oraz dwóch zawodników. Jak łatwo można się domyślić w grę wchodziły poważne kwoty, zatem władze przystały na propozycję.

Interesujący jest fakt, że zarząd negocjował wówczas z dwoma sponsorami chcącymi ulokować swoich szkoleniowców w Nowym Sączu. Drugim był człowiek forujący na ławkę trenerską kandydaturę Piotra Świerczewskiego, jednak 70-krotny reprezentant Polski pozostał na takim samym stanowisku w Motorze Lublin. Jego asystentem miał wówczas być Janusz Świerad. Taki scenariusz nie doszedł do skutku, ale w ostatnich dniach znów dało się słyszeć głosy, że po zakończeniu obecnych rozgrywek zostanie zastosowany właśnie wspomniany wariant ze „Świrem” i „Dinem”.

Cel postawiony przed Mirosławem Hajdo został zrealizowany, ponieważ zespół zapewnił sobie utrzymanie na dwie kolejki przed zakończeniem sezonu. Czy dlatego trener powinien pozostać na swoim stanowisku? Z jednej strony nie wierzę w jego warsztat na tyle, aby bez obaw powierzyć mu drużynę na przyszły sezon, ale może to właśnie w stabilizacji i spójnej wizji rozwoju powinna oprzeć się wreszcie polityka Sandecji. W ostatnich dwóch latach za dużo było już zmian trenerów, rewolucji kadrowych oraz nieustannych prób zbudowania czegoś rozsądnego. Kontrakt obowiązujący obecnego opiekuna „Biało-Czarnych” jest ważny do końca roku, co jest na razie jedyna pewną informacją.



wtorek, 04 czerwca 2013

Jeden z portali internetowych podał informację, że po tym jak Zagłębie Lubin nie przedłużyło z nim kontraktu, Wojciech Trochim miałby trafić do Nowego Sącza. Ponoć jest to informacja potwierdzona z nieoficjalnego źródła, a więc nie do końca wiadomo jaka jest jej realna wiarygodność.

Nie mam pojęcia kiedy dokładnie dziennikarze pozyskali wiadomość, ale obecny klub tego zawodnika w ten sam dzień poinformował o decyzji względem 24-letniego pomocnika. Może to zagrywka managera mająca na celu zrobić trochę szumu wokół jego podopiecznego? Albo sam zainteresowany chętnie znów założyłby koszulkę w biało-czarne pasy i jest autorem przecieku? Z podejrzeń można wykluczyć raczej nowosądeczan, bo niby po co mieli to ujawniać anonimowo? Zresztą nie ważne skąd ten news się wziął, a bardziej istotne jest czy taki ruch transferowy ma jakikolwiek sens.

Wojciech Trochim trafił do Zagłębia Lubin w styczniu obecnego roku mając, jak twierdzą media, dużą nadwagę i zaległości treningowe. Od tego czasu wystąpił tylko w JEDNYM meczu, a co ciekawe wyłącznie trzy razy znalazł się w kadrze meczowej! Ponadto dwukrotnie zagrał w rozgrywkach Młodej Ekstraklasy, strzelając tam dwa gole. Nie wiem czy tak długo wracał do formy lub może drastycznie przegrywał rywalizację o miejsce w składzie, ale jak na potencjalne wzmocnienie pierwszoligowca, to chyba jednak zbyt mało aby oczarować takim transferem sądeckich kibiców.

Wcześniej zawodnik ten przez sześć miesięcy reprezentował Wartę Poznań. Wspomniany okres może uznać za udany, gdyż rozegrał osiemnaście spotkań, wszystkie w podstawowym składzie i strzelił pięć bramek. Był zdecydowanie najlepszym graczem poznańskiej drużyny, wyróżniał się również wśród innych pierwszoligowych pomocników, przez wielu ekspertów będąc uznawanym za czołową postać zaplecza T-Mobile Ekstraklasy. Może to robić wrażenie tym bardziej, że Jarosław Araszkiewicz pozbył się go z Sandecji, uznając za mniej przydatnego od Filipa Burkhardta (obecnie drugoligowa Wisła Płock), Pawła Leśniaka (od stycznia leczy kontuzję) oraz Wojciecha Mroza (rozegrał łącznie 55 minut w rundzie wiosennej). W oczach poprzednich dwóch szkoleniowców „Biało-Czarnych” również nie cieszył się zaufaniem, ponieważ przez półtora roku rozegrał tylko 29 meczów i strzelił jedną bramkę.

Patrząc na obecny skład środka pola w Sandecji trener ma do dyspozycji przede wszystkim Pawła Nowaka. Ten doświadczony zawodnik (237 meczów w ekstraklasie) ma spore możliwości, wiosną bardzo przyzwoicie dyrygował grą swoich kolegów i starał się pracować w defensywie. Niestety pod względem ofensywy jest sporym rozczarowaniem, gdyż w dwunastu meczach zaliczył tylko dwie asysty oraz strzelił jednego gola, marnując również kilka świetnych okazji bramkowych. Wspomniany wcześniej Wojciech Mróz nie dostał od trenera Mirosława Hajdo prawdziwej szansy, więc trudno ocenić jego przydatność do zespołu. Pozostali środkowi to Piotr Mroziński oraz Sebastian Szczepański, ale obaj są bardziej zawodnikami defensywnymi. Pierwszy z nich zapewne powróci do Widzewa Łódź skąd jest wypożyczony, a drugi znów będzie walczył o swoje miejsce w składzie. Poza nimi w centralnej strefie z konieczności występowali także Piotr Kosiorowski i Maciej Bębenek, ale obaj są skrzydłowymi więc tak należy ich kategoryzować. Nie trudno stwierdzić, że wiosną była to nie najmocniejsza formacja Sandecji, wymagająca poprawy, natomiast Wojciech Trochim raczej nie okaże się jej zbawcą. Władze nowosądeckiego klubu muszą więc szukać dobrych rozwiązań gdzie indziej.

Bezwzględnie nowosądeczanie będą potrzebowali w przyszłym sezonie większej rywalizacji wśród pomocników. Obecnie szkoleniowiec zdaje się zauważać w roli rozgrywającego wyłącznie Pawła Nowaka, ignorując Wojciecha Mroza, a etatowym defensywnym uznał Piotra Mrozińskiego. Po jego odejściu na tę pozycję zostanie wyłącznie Sebastian Szczepański. Aby w przyszłym sezonie uniknąć mizerii w środku pola, niezbędni są zawodnicy mogący być realnym wzmocnieniem, a nie tylko uzupełnieniem lub obiektem sympatii kibiców. Taką rolę pełni już Petar Borovićanin, więc wystarczy. 

poniedziałek, 03 czerwca 2013

Sobotni mecz ligowy z Bogdanką Łęczna nie miał już praktycznie żadnej rangi, gdyż Sandecja ma pewne utrzymanie, a różnica jednej pozycji w tabeli nic tak naprawdę nie zmienia. Można było wykorzystać to spotkanie, aby dać szansę pokazać się niektórym zawodnikom, czym sprawdzić ich możliwości w kontekście przyszłego sezonu. Niestety trener za bardzo nastawił się na wynik.

Wystawienie niemal podstawowej jedenastki pokazało, że szkoleniowiec Mirosław Hajdo chce powalczyć o pozytywne zakończenie sezonu dobrym wynikiem. Być może myśli, że zdobycz punktowa w dwóch ostatnich spotkaniach zamaskuje słaby wiosenny okres jego drużyny? Sugeruje to, że walczy o swoją przyszłość, chce zrobić lepszy rezultat niż jego przeciwnicy i pozostać w Nowym Sączu na kolejny sezon. Niestety taka zagrywka nie jest dobrym rozwiązaniem, gdyż ze szkoleniowego punktu widzenia nie wyjaśnia wszystkich niewiadomych, jakie przecież w kadrze Sandecji pozostały. Wciąż nie wiemy czy obecni rezerwowi zasługują na kontynuowanie swojej biało-czarnej przygody.

Daniel Bomba zagrał z konieczności, gdyż za kartki pauzował etatowy bramkarz pierwszego składu. Był to debiut 24-letniego zawodnika zarówno w barwach nowosądeckiego klubu, jak również na szczeblu pierwszej ligi. Co prawda nie wypadł on zbyt okazale, gdyż były gracz Popradu Muszyna zawalił drugą bramkę i miał kilka niepewnych interwencji, ale takie występy rządzą się swoimi prawami, a przecież był to realny test w warunkach ligowych. Poza tym jednym przypadkiem, spotkanie w Łęcznej nie dało zbyt wiele materiału do analizy w kontekście sprawdzenia kadry dostępnej w rundzie wiosennej obecnych rozgrywek. Nie wiemy nadal jak prezentują się Sebastian Śpiewak, Wojciech Mróz, Jakub Nowak czy reprezentanci kraju w grupach młodzieżowych Przemysław Szarek oraz Wojciech Kalisz. Ograną mamy praktycznie tylko podstawową jedenastkę, a kiedy konieczne są przymusowe zmiany, to nie wiadomo która alternatywa jest najlepsza.  

Podstawowym defensywnym pomocnikiem jest młodzieżowiec Piotr Mroziński, natomiast naturalnym jego zmiennikiem Sebastian Szczepański, również spełniający kryterium wiekowe. Nie do końca wiadomo o ile lepszy jest zawodnik wypożyczony z Widzewa od zakontraktowanego wychowanka, bo zbyt wielu szans dłuższego występu nie otrzymał - ogółem 355 minut (w sumie niecałe 4 mecze na 16 możliwych). Zatem ograno innemu klubowi piłkarza, lecz niestety kosztem ograniczenia możliwości swojemu człowiekowi. Nieco okazalej wygląda materiał do analizy w temacie napastników, bowiem zmiennicy raczej nie będą w stanie załatać luki po Patryku Tuszyńskim. Co prawda każdy z nich jest innym typem gracza, lecz wychwalany przed sezonem przez trenera Maciej Górski poza jedną przypadkową bramką nie pokazał nic, a Kristof Kurczynski okazał się bardzo waleczny i tylko tyle można o nim powiedzieć.

Na dokładniejsze opracowanie tematu każdego reprezentanta Sandecji przyjdzie czas po ostatnim meczu, ale jedna z okazji na nie obarczone konsekwencjami eksperymenty została zmarnowana. Jak się okazało, zamysł trenera nie doszedł do skutku, bo nawet podstawowy skład nie potrafił obronić zwycięstwa w dogodnych do tego warunkach. Obawiam się, że z Kolejarzem również zostanie wdrożony wariant ambitny, bo przecież Mirosław Hajdo będzie chciał to spotkanie wygrać.



niedziela, 02 czerwca 2013

Zatrudnienie na stanowisku trenera Mirosława Hajdo miało poprawić jakość drużyny oraz zapewnić utrzymanie w pierwszej lidze. Szczebel rozgrywek został obroniony, jednak czy można mówić o lepszym stylu lub bardziej okazałych osiągnięciach? Wątpliwe. Można nawet zaryzykować tezę, że czysto matematycznie obecny szkoleniowiec wcale nie przewyższa Jarosława Araszkiewicza.

Runda jesienna w wykonaniu nowosądeckich zawodników, pod wodzą dwóch opiekunów, była mocno krytykowana za wyniki, zdobycze punktowe oraz jakość widowiska serwowanego kibicom. Jednak zmiany na stanowisku trenera i roszady kadrowe w zespole nie przyniosły oczekiwanej poprawy stanu rzeczy. Odpowiednim narzędziem do zobrazowania tego jest nauka ścisła. Otóż pod wodzą popularnego „Arasia” drużyna rozegrała dziesięć spotkań z czego wygrała cztery oraz sześć przegrała, co dało dwanaście punktów. Kolejny sternik Sandecji, czyli Janusz Świerad w siedmiu meczach uzyskał sześć „oczek” dzięki dwóm zwycięstwom. Mirosław Hajdo natomiast poprowadził „Biało-Czarnych” szesnaście razy notując trzy triumfy, aż siedem remisów, a także pięciokrotnie uznając wyższość przeciwnika. Sumując jego dokonania, mamy wynik dziewiętnastu punktów. Trzy z nich jednak zostały przyznane za walkower z ŁKS-em, więc nie do końca jest to zasługa trenera.

Aby dokładniej zobrazować porównanie pracy trzech szkoleniowców, wygodnie będzie posłużyć się kolejnymi wyliczeniami, a dokładniej mówiąc wyciągnięciem średniej. Jarosław Araszkiewicz osiągnął wynik 1,20 punktu na mecz, zastępujący go „Dino” miał 0,86, natomiast aktualny szkoleniowiec legitymuje się dorobkiem 1,19 „oczek” na spotkanie. Pomimo stosunkowo rozsądnej liczby porażek Mirosław Hajdo nie przewyższa „Arasia”, który przecież oceniany był fatalnie! Co ważne, w wyniku obecnego opiekuna Sandecji zaliczone są trzy gratisowe punkty za ŁKS. Po wycięciu tej zdobyczy z wyliczeń mamy średnią 1,07, a jeśli spotkanie z łodzianami usuniemy również z podsumowania dokonań Janusza Świerada, to jego wynikiem jest 1,00. To już wręcz razi po oczach. Patrząc natomiast tylko na końcowy efekt, to jesienią nowosądeczanie zdobyli osiemnaście „oczek”, a wiosną dziewiętnaście! Została jeszcze konfrontacja z Kolejarzem, ale o zwycięstwo łatwo przecież nie będzie. Wychodzi zatem na to, że Sandecja wiosenna jest tylko minimalnie lepsza od tej z pierwszej części sezonu, mając łatwe punkty za walkower. Gdyby ich nie było, praca Mirosława Hajdo w bilansie korzyści byłaby słabsza niż bezpośrednich poprzedników przy posiadaniu znacznie mocniejszej kadry!

W pierwszej rundzie obecnych rozgrywek trenerzy mieli problem z liczbą dostępnych zawodników do tego stopnia, że czasem był problem z uzbieraniem osiemnastki. Do tego notorycznie brakowało ważnych ogniw, których nie było kim zastąpić. Długie przerwy w treningach Arkadiusza Aleksandra, Bartosza Wiśniewskiego oraz Piotra Kosiorowskiego były ogromną stratą dla zespołu tym bardziej, że zastępowali ich niedoświadczeni 19-latkowie. Dlatego często w składzie pojawiali się Mateusz Młynarczyk, Yuriy Zinyak, Bartosz Szeliga, Sebastian Szczepański, a na ławce siadali Wojciech Kalisz i Adrian Danek. Trzon składu tworzyli więc nieprzygotowany do sezonu Adrian Świątek, słabi Kamil Szymura, Paweł Leśniak, Wojciech Wilczyński oraz będący bez formy Filip Burkhardt wraz z Mateuszem Kowalskim. Luki kadrowe spowodowały, że przeciw ŁKS-owi trener Janusz Świerad zmuszony był wystawić w pierwszym składzie czterech młodzieżowców, natomiast z Dolcanem Ząbki oraz Stomilem Olsztyn zagrało ich pięciu. Trudno mówić więc o komforcie przy doborze taktyki oraz jej wykonawców.

Dla porównania wiosną w Sandecji jest czterech w miarę równorzędnych napastników walczących o swoje miejsce, a nie tylko jeden Arkadiusz Aleksander, jak za kadencji „Arasia”. W środku pola jest bardzo doświadczony Paweł Nowak, do zdrowia wrócił Piotr Kosiorowski, który rywalizuje z Maciejem Bębenkiem oraz Jozefem Certikiem. Bardzo dobrze prezentuje się również stoper Arkadiusz Czarnecki i wreszcie pojawił się lewy obrońca Adam Mójta. Dodatkowo jest kilku ciekawych zawodników mogących wejść z ławki rezerwowych, dlatego możliwości Mirosława Hajdy w pracy trenerskiej są znacznie większe niż poprzedników choć nie widać, aby szkoleniowiec ten umiał je wykorzystać.

Jeśli już przy warunkach jesteśmy, to Jarosław Araszkiewicz miał asystenta w osobie Janusza Świerada, speca od przygotowania fizycznego Kordiana Wójsa, trenera bramkarzy Stanisława Bodzionego oraz kierownika drużyny Piotra Banię. Czyli cztery osoby do pomocy. Znacznie mniejszym sztabem dysponował jego następca, gdyż „Dino” mógł liczyć tylko na Stasia pracującego z bramkarzami i pełniącego podwójną rolę asystenta/kierownika drużyny „Baniowego”. Łatwo licząc było ich trzech. Nowy trener jest wspierany przez asystenta Mariana Tajdusia, szkoleniowca bramkarzy i kierownika odziedziczonych z poprzedniej ekipy, a także Dariusza Peciaka i Pawła Żychowicza odpowiedzialnych za przygotowanie fizyczne. Daje to liczbę łącznie sześciu ludzi!

Wychodzi zatem na to, że mając znacznie lepsze warunku oraz potencjał kadrowy od swoich poprzedników, trener Mirosław Hajdo nie potrafi zrobić znacząco lepszych wyników. Jak wyglądałyby osiągnięcia „Arasia” lub „Dina” w takich okolicznościach? Tego się raczej nie dowiemy, ale opinia publiczna chciała ich odejścia, a tymczasem nowy trener cieszy się całkiem dobrym zaufaniem. Nie jestem zwolennikiem częstych zmian na tym stanowisku, w Sandecji było ich ostatnio za wiele, lecz czy obecnie drużyną steruje człowiek mogący zrobić z nią coś dobrego w nowym sezonie? Wątpię.



sobota, 01 czerwca 2013

Czytając komentarze w Internecie i słysząc w rozmowach ze znajomymi opinie o rzekomym odpuszczeniu meczu z Cracovią przez Marcina Cabaja, nie wiem czy się śmiać czy płakać. Logiczne jest, że jeśli ktoś chce stracić gola i jest bramkarzem, to ma do tego sporo możliwości. Dlaczego zatem miałaby w jego głowie zapaść decyzja o wybraniu absurdalnego oraz przykuwającego uwagę sposobu na sprezentowanie rywalom punktów? Nie ma sensownych przesłanek, więc w to nie wierzę! Tym bardziej, że wspomnianym winowajcą jest człowiek, który przez całą karierę popełnił sporo tego typu niewiarygodnych błędów, przegrywając swojej drużynie mecze. Ot zwykła „cabajada” czy może „cabajka”  jak z najlepszych czasów, więc właściwie nic czego kibice wcześniej nie widzieli.

Kiedy były już trener nowosądeckiego zespołu Jarosław Araszkiewicz , na początku sezonu 2012/2013 sprowadzał Marcina Cabaja, opinie sympatyków Sandecji były różne. Bez wątpienia był to mający 32 lata ukształtowany zawodnik, ograny w polskiej ekstraklasie (162 mecze), a ponadto doświadczony w tamtym okresie życiowo. Pół roku pozostawał bez klubu, następnie zaliczył nieudany wyjazd do Izraela skąd musiał uciekać przez konflikty zbrojne, po czym wylądował w mającej spore problemy finansowe Polonii Bytom. Wszystko wskazywało na to, że szuka odpowiedniego miejsca, aby się odbudować.

Była też druga strona przysłowiowego medalu, ponieważ za tym bramkarzem ciągnęła się opinia, jakiej zawodnik na tej pozycji mieć nie powinien. Nieprzewidywalny, zdolny popełnić kuriozalny błąd w niegroźnej sytuacji oraz słaby psychicznie, przez co nie zapewniający swoim obrońcom odpowiedniego poczucia bezpieczeństwa. Przykładów na potwierdzenie owych zarzutów można znaleźć całkiem sporo. Choćby wypuszczenie piłki z rąk w końcówce meczu z Legią Warszawa (2008 rok), dzięki czemu Cracovia doznała porażki (0:1) lub zakończone utratą gola podanie do napastnika w niegroźnej sytuacji pod polem karnym, w spotkaniu z Ruchem Chorzów (2008 rok). Można by wymienić również ekstremalnego samobója zdobytego poprzez wrzucenie sobie piłki przy próbie złapania lekkiego strzału napastnika Górnika Zabrze (2007 rok - porażka 0:1) oraz bezmyślne wręcz wyjście na niemal 40 metr aby sfaulować  przeciwnika i otrzymać za to czerwoną kartkę w przegranych derbach Krakowa (2008 rok). Wszystkie te przytoczone sytuacje, jak również kilka innych, można bez problemu znaleźć w internetowych serwisach z filmikami użytkowników. Popisy nieporadności bramkarskiej Marcina Cabaja skłoniły władze Cracovii do nieprzedłużenia z nim wygasającego kontraktu w grudniu 2010, kończąc współpracę obu stron po ośmiu sezonach!

Okres swojej przygody z Sandecją zawodnik ten ma całkiem udany, ale czy aż tak wspaniały jak sugeruje spora grupa kibiców? Nie ustrzegał się błędów. Po krótkim zastanowieniu można wymienić na przykład samobójczego gola z Górnikiem Wałbrzych w rozgrywkach Pucharu Polski. Nie sięgając jednak pamięcią do jesieni, tylko skupiając się na spotkaniach w rundzie wiosennej, również można na konto bramkarza Sandecji zapisać kilka niefortunnych interwencji. Minięcie się z piłką po rzucie rożnym skutkowało utratą pierwszej bramki w meczu ze Stomilem Olsztyn, a jego brak reakcji przy lecącej przez pół boiska futbolówce zakończył się zdobyciem gola przez Olimpię Grudziądz. Duża niepewność w spotkaniu z Miedzią Legnica nie przyniosło co prawda negatywnych skutków, ale tego występu Marcin Cabaj z pewnością nie może zaliczyć do udanych. Nie ma sensu analizować całego sezonu żeby móc stwierdzić, że bramkarz Sandecji nie tylko wielokrotnie ratował swój zespół w trudnych momentach, lecz kilkukrotnie także sam przyczynił się do straty ważnych punktów.  

Czy w świetle tych faktów oskarżam tego bramkarza o odpuszczenie meczu z Cracovią? Nie! Po pierwsze on wcale nie miał za co temu klubowi się odwdzięczać, gdyż został z niego usunięty co skutkowało wówczas bardzo trudnym rokiem w jego karierze. Po drugie, to czy pierwszy raz Marcin Cabaj nie wytrzymał presji i pogubił się w prostej sytuacji? Oczywiście, że nie. Dowodem niech będą przytoczone przeze mnie momenty z jego występów w ekstraklasie. Wielokrotnie robił kuriozalne błędy, jakie nie powinny przytrafiać się nawet na szczeblu okręgówki, więc nie widzę powodu dlaczego nie miałoby tak być i tym razem. Nogi mu się trzęsły od pierwszego gwizdka, a zawiodła psychika.

Oczywiście okoliczności tego meczu mogą skłaniać do snucia różnego rodzaju teorii spiskowych, podejrzewania zachowań korupcyjnych, czy wygłaszania krytyki, ale pamiętać należy jedno – w bramce stał Marcin Cabaj. Pojęcie „cabajka” nie weszło do słownika kibiców przypadkiem!